Kiedyś kina były fajne. W międzyczasie rozwinęła się technika, jest lepszy dzwięk, kolory, ekrany są większe, siedzienia fajniejsze, więc w zasadzie powinno być jeszcze lepiej. Ale nie jest. Są masy żrących i siorbiących ludzi, włączone komórki, migające lampy w projektorach i najgorsze: głosność na poziome wystarczającym do nagłośnienia średniego stadionu. O ile przy pełnej sali da się to przeżyć to przy prawie pustej - a wczoraj było łacznie z nami 6 osób - jest masakra. I w tym momencie mam w dupie chodzienie do kina bo przejmność z tego żadna: dźwięk przy takim natężeniu brzmi jak mp3 128kbps, obraz miga każdą większą powierzchnią a na ekranie są plamy. W tym momencie DVD czy XviD wygrywa.
A “Sunshine”, na który dzięki Agnusowi poszliśmy, okazał się całkiem fajnym filmem. Tylko kino w Dún Laoghaire przestało dla mnie istnieć.